Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Wpis rekordowo długi.

Mistrzostwa Polski w biegu 24 godzinnym. Takie imprezy są z reguły po stokroć opisane i po tysiąckroć obstrykane. Czy jest w tym całym zamieszaniu okienko na moją relację ? Poczytajcie, pooglądajcie – będzie długo i z błędami.
Dawno, dawno temu
Kiedyś byłam w Arenie na rolkach. Imprezka taka była, że można sobie było trzy godzinki pojeździć na rolkach za darmo po płycie Areny (Rolkowisko). Wyjeździłam starannie wszystkie trzy. W trakcie tej nudy,  pomysł mi z nudów zaświtał – a gdyby tak zrobić bieg 12 godzinny po koronie hali. 12 godzin w kółeczko, kółko za kółkiem, aż do bólu, następne kółko i następne, bez zmiany kierunku w trakcie, następne i następne. Zgłosiłam się z tym pomysłem do zaprzyjaźnionego Zespołu Organizacyjnego.  Zespół przytaknął – pomysł fajny, ale mamy lepszy, nam się marzą Mistrzostwa Polski na 24 godziny.
- Na Dreszerach ? – pytam

- Na Dreszerach nie dostaniemy atestu, bo jest za duża różnica wysokości, ale po drugiej stronie, na alejkach przy Fali da się coś takiego zorganizować.
Minęło lat kilka. Na przedmiotowej dwukilometrowej pętelce wymieniono oświetlenie, dywanik asfaltowy i z budżetu partycypacyjnego dołożono czerwony pasek z nawierzchni dedykowanej miłośnikom biegania amatorskiego.
Z początkiem roku bieżącego w zaprzyjaźnionym Serwisie Biegowym czytam, że  Zespół Organizacyjny robi swoje wymarzone zawody. Kilka lat to trwało, ale udało się. Co tu dużo pisać – dla Agaty. Alaska zrobiła to dla Agaty.
Szalik
Z radości taki pomysł mi do głowy przychodzi – zrobię w trakcie tych zawodów szalik. 24 godzinny szalik biało-czerwony dla najlepszej dziewczyny. Biorę druty, wszystkie włóczki z domu i po 17 godzinach mam 3,4 metra szalika treningowego o wadze około 1,5 kg. Robotę kończę nie z powodu znużenia czy zmęczenia – włóczki mi zabrakło. Przeliczam to na robotę w plenerze. Wychodzi, że przez 24 godziny dam radę urobić ze trzy metry, wstydu nie będzie. Zapraszam znajomych na tą akcję. Pianę biję że ho, ho.


szalik treningowy
                                                                
Medal
Co tu, w dalszym ciągu, dużo pisać. Zaprzyjaźniony Zespół Organizacyjny prosi się – zrób medal. No tak. Medal na Mistrzostwa Polski. Kiedyś uprawiałam prawdziwy sport i szczerze mówiąc, bardziej to ja bym chciała medal na MP, nieważne w jakiej dyscyplinie, dostać niż zaprojektować.
Odpalam komputer i szukam pomysłu u wujka Gugla z samego początku. Zastanawiam się trochę nad wysiłkiem biegaczy, sensem takiego biegania w kółko. Mapkę parku narysuję. Narysowałam ją z pamięci. Przy okazji – ile to ja już kółek wykręciłam po tym parku, przez te parę ładnych lat, odkąd wewnętrzny głos nakazał  drogą kupna nabyć buty do biegania. Po co i dlaczego? Jeden pies to wie. Rysuje mi się ten medal właściwie sam.


medal -projekt (mój projekt)

Alejka
Alejka na której rozgrywane są zawody jest piękna. W trzystu procentach fotogeniczna. Wiosenne światło sprzyja „magicznym ujęciom”. Młodziutkie, kiełkujące listki, z godziny na godzinę zapełniają zielenią korony dziwnie pochylonych w stronę środka promenady drzew. Z krótkiego obiektywu nie widać końca, z długiego – plany nakładają się na siebie. Powykręcane, poprzechylane gałęzie tworzą bajkową scenerię i jeszcze te zawilce dla domknięcia kadru u dołu. 



Rekord
Nie znam się na Ultra i nie rozumiem. Po przeczytaniu Szczęśliwych co biegają, myślałam nawet żeby wyskrobać jakiś wpis, że to błazenada. Wszystko to, co w tej książce  było sygnowane Magda nadmuchane było jak balon, niczym fotki Dymusa.  Słów i barw za dużo. Obrzydziła mi ta książka zupełnie starty w górach. Takie hura – pierdy.
Subiektywny stosunek do pewnego zjawiska (dzięki Maciek Tracz za słowa cyt. - a co ty możesz wiedzieć o ultra i odp *** się od tej książki, bo to najlepsza książka o bieganiu nie tylko w Polsce , ale i na świecie. Skota Jurka to sobie może pisać. Koniec cyt.) nie zmienia realiów. Na tej trasie, przy tej jakości nawierzchni, prognozowanej pogodzie i dla satysfakcji organizatorów  rekord jakiś musiał się przytrafić. 

Gdy szkicowałam medal dotarło do mnie – kurcze, laski wybiegają więcej niż 240 z przysłowiowym palcem, a faceci ?  z nimi to nigdy nic nie wiadomo. Cóż, szalika robić nie będę, napiszę relację. By była uczciwa musi być kompletna. Trzeba się  spakować i przeklincować w okolicznościach przyrody dobę całą, dla rekordu, chociażby własnego – w 24 godzinnym staniu pod latarnią w parku.
 

Przygotowania własne
Rano na parkrunie spytałam się zaprzyjaźnionego ultrasa w co mam się ubrać na tę dobę stania. Kolega ultra biegacz udzielił rady, bym zaopatrzyła się w 200 ml syropu z pigwy i to wystarczy. Akurat syrop taki posiadałam w szafce, wystarczyło ulać z dużej butelki do małej.
Włóczkę w kolorze bieli i czerwieni w ilości 8 motków w danym kolorze i druty  spakowałam do plecaka tak na wszelki wypadek, choć wiedziałam że raczej na sto procent szalika robić nie będę – będę dzielnie stać i czekać na rekord.
 

W oczekiwaniu na rekord
Nie jest prosto dostać się do miasteczka biegaczy. Trzeba mieć identyfikator. I dobrze. W miasteczku biegacze mają wszystko porozrzucane, pod krzesłami luzem leżą pięciozłotówki, banknoty i inne fanty niezbędne do przebiegnięcia dystansu, który laikowi wydaje się nie do przebiegnięcia. Udaje mi się zdobyć identyfikator z napisem MEDIA. Plakietkę odbieram w biurze dokładnie w momencie startu biegu. Zostaje mi zadane pytanie – czy mam aparat? Tak mam aparat, porządną lustrzankę, z dobrą optyką. Dobrze, że nie zadali mi pytania, czy umiem robić zdjęcia. Bo nie umiem, to znaczy w zeszłym stuleciu umiałam zrobić zdjęcie i w ciemni je wywołać. Umiałam dziennie zapełnić pięć 36 klatkowych analogowych kart, wywołać to nocą w kuchni, poprzycinać odbitki i dużym zyskiem sprzedać. Teraz tysiąca zdjęć w dwie godziny pstryknać nie potrafię.
Wchodzę do miasteczka biegacza i proforma, jako te media, pstrykam parę fot.












Pierwsze kółeczko
Mijają dwie pierwsze godziny biegu, godziny przyjaźni, radosnego kibicowania. Pogada jest super, wszystko idzie ok. Zbierają się biegacze do towarzyszącej biegowi sztafety maratońskiej. Rusza sztafeta i ja wraz nią ruszam na pierwszy obchód trasy. Idę sobie do końca i z powrotem. Co chwila spotykam znajomych biegaczy – kibiców. Machamy pomponami, pozujemy do fotek, gdzieś w tle uczestnicy biegu głównego nabijają pierwsze jeszcze bezbolesne kilometry. Czas upływa piknikowo. Cytując klasyka – jak w polskim filmie – nic się nie dzieje.
Gdzieś, ni z gruszki ni z pietruszki Rysiek wychodzi z krzaków, pojawia się i znika cała masa ludzi z mojego RYSIOTEAMU, na kibicowaniu, czy zwykłym zazdroszczeniu, nieważne.  

  
Rysiek wychodzi z krzaków


Słońce liże linię horyzontu. „Złota godzina” to dla fotografa czas najlepszy. Światło jest miękkie i twarze się nie marszczą. Na fotkach pojawiają się długie cienie, ciepłe barwy i profesjonalny klimat. Mój aparat fotograficzny „złotą godzinę” w spokoju przekimał w plecaku. Ja w tym czasie jadłam grochówkę u znajomych na Recie. Na dwie godziny opuściłam posterunek. Gdy wróciłam bieg na setkę już wystartował.
 

Po powrocie
Wracam ze znajomymi na linię startu, zaglądam w wyniki on line, wszystko jest ok. Wszyscy biegacze są tam gdzie być powinni, może nie wszyscy. Nie ma Darka. Zszedł z trasy. Darek Stawski to doświadczony ultras, a w ultra nic nie dzieje się na siłę.
Ze statystycznego punktu widzenia, garstkę biegaczy, którzy zrezygnowali z rywalizacji na 24 godziny zastąpiła garstka biegaczy na 100 kilometrów. Po parku kręci się w kółko ponad setka biegaczy. Moi znajomi, którzy wyrwali mnie na grochówkę, kibicują chwilę, jadą do sklepu na zakupy i znowu wracają, kibicują chwilę  i tak jeszcze parę razy pojawiają się i znikają w tak zwanym międzyczasie. 

 
Pij mleko będziesz wielki

Nocka
Pojawia się na kibicowaniu Michał Jucha – to ten ultras, który doradzał mi rano na parkrunie w sprawie aprowizacji. Jak każdy kibic przyszedł na chwilę. Tak jakoś wyszło, że staliśmy z Michałem pod namiotem do samego rana. Znaczy przestaliśmy całe 100 km. Michał znał wszystkich co przebiegali przez namiot, a ja znałam Michała. 


Setka
W towarzyszącym zawodom biegu na 100 kilometrów wystartowało 16 zawodników i jedna zawodniczka. Sto kilometrów, dla mnie - ultralaika, jest bardziej proste do ogarnięcia niż 24 godziny, chociażby z powodu dystansu. Bieg jest na STO kilometrów  - przynajmniej w tej kwestii sprawa jest klarowna. Jedyna startująca zawodniczka, to Marta Ziemba, którą znam i z którą w jednej drużynie, wieki temu, ukończyłam pierwszego sztafetowego Szakala. Najbardziej medialny z całej szesnastki biegaczy był Michał Kowalczykowski – Misiek , którego również znam, bo biegamy w jednej stajni  RYSIOTEAMU. Marta musiała wygrać ten bieg, a Misiek, mimo początkowo odległej pozycji, przez ukrytą w zaroślach całą bandę kibiców typowany był na najniższe miejsce pudła. Mimo tego, że po pokonaniu 50 okrążeń biegł dalej, nie zawiódł swoich fanów i ostatecznie bieg zakończył na trzeciej pozycji open i drugiej w kategorii.


Marta. Kibicować Marcie nie jest łatwo. Co kółko łyk wody i połówka paluszka, może okruszek ciasteczka. Nerwy, dziewczyno zjedz coś !!! Nie, bo zrobi mi się niedobrze. I cały dystans na luzie, z uśmiechem. Bójcie się ultraski – nowa gwiazda się rodzi.

Marta na mecie

Misiek. Maruda. Całą trasę dopieszczany przez zespół wsparcia. To mu nie pasuje, to w brzuchu kuje, buty na miękkie, kurtka za długa, woda na mokra, galaretka za gęsta i podana z lewej, a on by chciał z prawej i  jego zdaniem już powinien kończyć, a każą mu jeszcze biegać cztery kółka. 


Misiek na mecie

Wyniki on line.
Coś się o północy zawiesiło. Psioczyć można i wypisywać w temacie czystą łaciną strony całe. Łatwo się pisze takie rzeczy. Pomiar czasu, a raczej system, gdzieś w środku nocy dał dupy, może szwankowało już od początku, tylko o północy zespół ogarniający linię startu przestał dawać sobie radę z ręczną korektą. Nie wiem wszystkiego i dociekać nie będę. Bramki zanotowały wyniki biegaczy na 100% prawidłowo. Zawiódł system przekazu on line i sędziowie zawiedli. Kiedyś normalną sprawą było to, że wyniki były parę dni po zawodach, nikt nie robił z tego powodu rabanu. W dzisiejszych czasach wszystko musi być na wczoraj, a gdzie się człowiek śpieszy, tam się diabeł cieszy.
Ewa Kasierska – biegała na limit. 120 kilometry i basta.

Ewka gdzieś na 10 kilometrze
Noc, zimno, wyniki on line dawno poszły się ….. Atmosfera robi się napięta. Faworyckie sztaby są spokojne, one kółka swoich podopiecznych liczą na własną rękę, na tych zawodnikach skupiona jest również „nieuwaga” sędziów. Tu kwestia pokonanej odległości raczej jest oczywista. Gorzej mają szaraczki, bieżących wyników nie ma, a jak coś pojawi się na tablicy, mija się z prawdą.
Ewa prosi mnie, bym sprawdziła jej dystans. Pokazuje na karteczki. Przy pasku, na gumce recepturce, ma ponumerowane karteczki . Od jedynki w górę. Co okrążenie zrywa jedną kartkę. Bez łaski elektroniki i sztabu pomagierów wie jaki dystans pokonała. Pokazuje mi karteczkę z numerem 52. 52 dwukilometrowe okrążenia. Jeszcze osiem karteczek i można kończyć. Na tablicy pojawiają się bieżące wyniki. Wszyscy rzucają mięsem, że błędne. Szukam numeru 7 – to numer warkoczyków. Jasno stoi 52 okrążenia. Wynik zgodny z analogowym licznikiem Ewy. Prawidłowy wynik. Nie umiem pocieszyć Miśka, któremu kazano biegać cztery okrążenia więcej, nie mam odwagi wykłócać się w biurze pomiaru czasu o miśkowe racje. Mam dowód, że wyniki są dobre – odręcznie napisane na karteczce 52 Ewki jest identyczne jak 52 wydrukowane na tablicy. Może Miśkowi coś się pomyliło, zegarek na takim kółku też może pokazywać bzdury.
Pierwszy i jedyny raz żałuję, że w tym momencie nie śpię we własnym łóżku, tylko na żywo śledzę tą szopkę. Jestem zła. Na maksa zła. Na bezsilność i niemoc zaradzenia sytuacji. Sprawy aktualności bieżących wyników naprawić się nie da. Mogła być tablica, gdzie ktoś kredą by zaznaczał kolejne kółka zawodników. Każdy zawodnik mógł mieć własne karteczki - jak u Ewki. Nie było takiego analogowego zabezpieczenia i trudno bieżących wyników nie da się wskrzesić. Złość.
Fika liderka wśród kobiet. Przebiega przez bramki, nie trafia w krzesło, na którym chciała usiąść i robi fik. Od razu ktoś masuje jej plecy, ktoś podbiega z folią, biegnie ekipa medyczna. Wokół dziewczyny nagle wyrasta dziewięć par stóp. Jakaś menda zza tego ludzkiego parawanu zaczyna filmować. Jest prośba „ nie rób tego ”, na faceta nic nie działa, filmuje dalej. Ludzie dziewczynę zasłaniają szczelnie. Takie fikniecie na ultra nic nie znaczy, można się otrzepać i biec dalej. Po co robić zdjęcia i filmy z takiej chwili. Tylko dla durnej sensacji. Gdybym miała ubezpieczenie od „nieprzewidywanych zdarzeń podczas biegów na ultra długich dystansach wynikających ze specyfiki zjawiska” strzeliłabym z baśki prosto między oczy temu typowi, nie zważając na koszta jego nowych zębów i roztrzaskanej kamery. Ale ubezpieczenia nie mam i drapieżne to ja mam jedynie pióro.
 

Dekoracja na setkę.
Misiek kończy, Marta kończy – atmosfera się luzuje. Misiek chciał chyba wybiegać cały główny 24 godzinny limit, bo nie może rozstać się z biegowym miasteczkiem. Normalnie pojechałby do domu, wykąpał, przebrał i wrócił po pucharek. Nie, on siedzi na miejscu, może już nie marudzi, ale zawadza leciutko. Wszyscy muszą Miśka mijać. Śmieję się teraz troszkę, bo ja siedzę obok Miśka, snujemy niesamowite opowieści o własnych możliwościach i marzeniach i wszyscy muszą nas mijać.


Zimno ustępuje, robi się jasność. Docierają do nas prognozy. Jest dobrze. Patrycja Bereznowska zasuwa, Olka Niwińska biegnie na życiówkę, a Jędrek Radzikowski właśnie rozkręcił się do tempa 3,30 na kilometr. Na chwilę oczywiście. Lider Seba Białobrzeski jest na dobrej drodze by sięgnąć gwiazd. Przebyte dystanse kosmiczne, czy będą rekordy? Powoli wśród publiki rodzą się nadzieje, że będą.
Zbliża się dziewiąta rano, dekoracja na setkę. Z miasta przychodzi Dorotka Ptak. Ma bułki i herbatę w termosie – dla mnie. Od razu robi mi się ciepło. Zjadam chrupiącą bułeczkę, popijam herbatą, Misiek pochłania drugą bułkę. Razem idziemy do amfiteatru na dekorację. Setkę ukończyło osiem osób i nie pytajcie, kto jaki dystans przebiegł, bo to nieistotne w aspekcie tego co wydarzyło się trzy godziny po tych dekoracjach.
Ranek, park zupełnie pusty, wielki baner MISTRZOSTWA POLSKI, amfiteatr, pudło i niespełna dziesiątka ludzi wręcza sobie nagrody i cieszy się jak dzieci. Chwila nie do zapomnienia. Fotki zrobiłam, jak na napis MEDIA na mojej plakietce przystało.


Objuczeni nagrodami, prezentami i statuetkami wracamy do miasteczka biegowego. Jeszcze tylko trzy godziny do końca. Kręci się dalej.
 

Drugie okrążenie
Było wcześniej, przed świtem. Misiek wściekły biegał swój nadlimit. Mgła. Całą trasę spowiła mgła, ptaki śpiewały, wiatru zero. Szłam pod prąd biegu. Jakieś 60% biegaczy oszczędzało siły na „po świcie”. Biegacze na setkę dobiegali ostatnie kółka. Błyskała lampa profesjonalnego serwisu fotograficznego. Doszłam do Fali. Znalazłam miejsce gdzie chciałam robić fotki. Poświata była blada, światło odbijało się od asfaltu alejki dziwnie srebrzystym kolorem, jakby wszystko pokryte było śniegiem, pochylone wykręcone drzewa i postaci wychylające się zza mgły. Jedna za drugą. Sięgam po aparat, mam go w futerale. Lipa, nie mam aparatu, mam pompony. Wracam do obozu. Po drodze dopijam resztki syropu receptury Michała. W tym momencie gasną latarnie. Świta.
 

Parkrun
Ewa Kasierska siedzi na krześle, przebrana i zregenerowana. Przebiegła prawie 123 kilometry. Mówi, że było fajnie – ale rano na łódzkim parkrunie było jeszcze fajniej. Zupełnie zapomniałam, że w sobotę mieliśmy 250 parkruna w Łodzi i że Jacek Raczyński z powodu, że nie odpuścił sobie ani jednego z tej 250, zafundował ogromnego torta. Dzieje się w łódzkim bieganiu, dzieje. 



tort na parkrunie

Rekordy
Na dwie godziny przed końcem rywalizacji są już pewne. Tylko jakie i czyje. Rekord świata może? Zaglądam do bufetu Patrycji z ciekawości – co się je, na taki rekord. No nie wiem, raczej nie chce mi się o tym pisać. Jedzenie bardzo zwyczajne, forma podania awangardowa. Kończę ten wątek, bo mnie mdli od samego wspomnienia tego stołu.
W oczekiwaniu na  rekordy przypominam sobie gdzie jest teraz część mojej klubowej paczki. Na fotce jest pokazane gdzie są. W Paryżu są – światowcy.



Robię ostatnie kółeczko już z aparatem i bez pomponów.
 

Trzecie okrążenie
Gdy dobę temu zaczynał się bieg, część zawodników wyglądała tak, jakby nie miała tego biegu ukończyć. Wyglądali tak, jakby nie byli w stanie ukończyć jednego okrążenia – teraz po 23 godzinach biegu wyglądają tak samo, z małą różnicą dodatkowych 130 kilometrów na liczniku. Radzikowski, Niwińska, Bereznowska – grają już w innej lidze. Reszta idzie na dystans. Mijam Agatę Matejczuk. Nawet nie zmuszam jej do uśmiechu, jest walka i cierpienie. Trzecie miejsce. Gdyby nie Agata, czy Alaska zrobiła by te zawody?

Agatka

To Agata podkręciła liczniki własnej konkurencji. Może nie jest rekordzistką świata, ale matką chrzestną  rekordu, który za chwilę nastąpi - jest. Mijam Sebka, raczej jego resztki. Gadam do niego motywacyjne bzdety, o sile, walce do końca, gdy nikt poza nim nie słyszy - przechodzę na łacinę, trafiam w mur. Sport jest okrutny. 

nie jest łatwo

Wracam do obozu, a tam znowu Rysiek wychodzi z krzaków, Janka schodzi z roweru. Jest Tygrysica Kamila, Rosiaki, Balcerki , Miśki, Bartek z Mileną, Tracz z już nie małym Traczątkiem i cała reszta po niedzielnym wybieganiu. Gęstnieje. Zdaję Ryśkowi relację z aktualnej sytuacji. Przeliczamy, kombinujemy, czekamy, oby tylko nic się nie wydarzyło. Wrzeszczymy, pompony idą w ruch. RYSIOTEAM doping ma w statucie. Ostatnie dziesięć minut. Biegacze dostają dwudziestego czwartego oddechu, walka w tempie biegu na pięć kilometrów. Jest już parę życiówek. Rekordy zaraz będą. Ostatnie dwie minuty, Patrycja Berezowska dokręca metry do nowego rekordu świata. Reszta szaleje. Naprawdę warto stać i kibicować. Dzieje się. Emocje. Koniec biegu. Radość.

Rekord był światowy. Widziałam na własne oczy. Leśne dziadki muszą się ogarnąć, by przy następnej takiej okazji było mniej emocji i niepewności w trakcie. Elektronika – jej się z zasady nie ufa. Zaraz będę tego wpisa przepuszczać przez „słowniczek”, a  błędy i tak zostaną. Tak już z tą cyfryzacją jest. 

Żarcie na zawodach. Jak to żarcie na ultra, do wybekania. Cola była, no prawie zawsze była – jest niezdrowa przypominam.
Krytykować zawody, na których padło tyle życiówek i rekord świata? Nawet, gdy nie wszystko było ok. Kurcze, w sporcie liczą się wyniki, a nie podgrzewane leżanki.
Co ja wyniosłam z tych zawodów ? Doświadczenie. Jako blogerka, w życiu nie wystukałam tylu znaków jednego dnia.  Chyba już skończę. Ciemno się robi. 


Wyników i prawdziwych relacji szukajcie u Kamila Weiberga na stronie Festiwalu Biegowego, foty  będą na stronie Alaski i będę wspaniałe.


Szalik. Zrobię trzy. Dla Patrycji, Olki i Agaty. I wcale nie ten najdłuższy będzie najważniejszy.
  
Na zupełny koniec fotka jeszcze jedna. Fotka bez ostrości, bez kontrastu, slaby kadr i fatalna kompozycja. Coś jednak w tej fotce jest szczególnego i nie chodzi o to, że pstryknęłam ją ja - anka_w.  
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz